Normy pod strzechy

Ostatnio wróciłem po dłuższej przerwie do szachów klasycznych i przy okazji występu w turnieju miałem okazję zapoznać się niejako z autopsji z aktualnym Regulaminem Klasyfikacyjno-Rankingowym PZSzach. Konkretnie, z wprowadzonymi w 2010 bodajże roku zmianami w zasadach obliczania norm i przyznawania tytułów krajowych:

http://www.pzszach.org.pl/index.php?idm=3&idm2=3&idm3=302&id=774

Przyznaję, że gdy pierwszy raz, jeszcze w 2010 roku czytałem te zmiany, mało się nad nimi zastanawiałem – ot, kilku zawodników z normami a bez wymaganego ELO jednak będzie mogło zapłacić PZSzach za prawo oficjalnego tytułowania się jedynką/kandydatem/mistrzem. Nic wielkiego.

Dopiero gdy sam zagrałem w turnieju klasyfikacyjnym, dotarł do mnie pełen ogrom tych zmian i ich wpływ na powagę krajowych tytułów i kategorii. Wpływ, niestety, ujemny.

Przede wszystkim – czym jest kategoria lub tytuł krajowy? Co mówił (przed reformą) o zawodniku fakt, że jest on np. kandydatem na mistrza? Mianowicie – że niezależnie od jego obecnej siły gry, kiedyś w przeszłości ten zawodnik grał przynajmniej z siłą 2200, co kilkukrotnie potwierdził występami w turniejach. Innymi słowy jest to maksymalny osiągnięty próg siły gry.

A cóż jego krajowy ranking 2200 będzie oznaczał po reformie? Po pierwsze, że osiągnął poziom 2100 ELO (a skąd te 100 oczek różnicy?). Po drugie, że dwukrotnie „potwierdził” ranking 2200, robiąc stosowne normy w turniejach. Tylko że o ile wcześniej rankingi przeciwników do tego potwierdzania to było ELO (o ile je mieli), o tyle teraz są to po prostu rankingi krajowe. Znacznie łatwiejsze do uzyskania, niemożliwe do utracenia, zazwyczaj przynajmniej do poziomu 2200 znacznie wyższe od realnej siły szachisty.

Cóż z tego wynika? Ano mianowicie, że nie trzeba już się męczyć, w pocie czoła robić np. 50% z zawodnikami o realnej sile 2200, żeby zdobyć normę na kandydata. Wystarczy zrobić taki wynik z zawodnikami, którzy kiedyś i owszem, na tyle grali (i tytuł kandydata zdobyli), ale ich obecna siła gry może równie dobrze wynosić 1800 ELO. A z czasem coraz więcej będzie nowych kandydatów, których ranking przekroczył wprawdzie 2100, ale do 2200 nigdy się nie zbliżyli.

Wygląda na to, że szachy stają się coraz bardziej egalitarne, skoro zaczęło obowiązywać hasło „Norma dla każdego!”. Cóż, wygląda na to, że PZSzach bardzo poważnie podchodzi do umasowienia szachów, skoro postanowiło umasowić tytuły. „Mistrz krajowy w każdej gminie”?

Rozumiem oczywiście, że dla początkujących szachistów każda kolejna kategoria jest nagrodą, która zachęca ich do dalszego angażowania się w szachy, inwestowania w nie czasu i pieniędzy. Dopóki te kategorie i tytuły mają renomę. Jeśli każdy będzie miał I kategorię, to cóż ona będzie warta? Zastanawiałem się, po co komu była ta zmiana w przepisach. Nie było to długie zastanowienie – wystarczyło przeczytać, kto zaproponował te zmiany w przepisach. A był to, cóż, Skarbnik PZSzach – pan Bogdan Jeżak.

W końcu czemu nie – 60 PLN od I kategorii, 80 od kandydata, 100 od mistrza (stan na 2013) – środki nie do pogardzenia, w budżecie PZSzach na pewno się przydadzą. Dopóki ludziom będzie na tytułach zależało. Dopóki nie stwierdzą, że do poziomu 1800 – 2000 to kategorie krajowe mają może jakieś znaczenie, ale powyżej liczy się już tylko ranking ELO. A normy i tytuły krajowe nie są żadnym osiągnięciem, więc nikogo nie obchodzą.

Wiem, że ten wpis powinien był powstać najpóźniej 2 lata temu. Ale może dzięki temu, że minęło już trochę czasu i była już okazja do oceny zmian w praktyce, nastąpi jakaś refleksja. Jeszcze jest czas – jeszcze trochę renomy nasze polskie tytuły mają.

 

Czy chciałbyś/chciałabyś, żeby Twoje dziecko zostało szachistą?

Dzieci wprawdzie jeszcze nie mam, ale marzy mi się, żeby kiedyś całą rodziną jeździć na turnieje szachowe, tak jak może to robić np. rodzina Soćków. Rodzice w openie, dzieci w turnieju juniorskim – świetna sprawa.
Ale tak sobie myślę, że to tylko mój egoizm przemawia, bo ważniejsze jest przecież inne pytanie:
„Czy uważasz, że dla Twojego dziecka będzie dobre, jeśli zostanie szachistą?”

To jest pytanie, na które trzeba odpowiedzieć w bardzo wczesnym etapie życia dziecka. Jeśli dziecko ma odnosić sukcesy w szachach, trzeba zacząć wcześnie i podejść do sprawy poważnie – trener, obozy, szkolenia, wyjazdy…
Na początek trzeba wyzbyć się złudzeń – najprawdopodobniej Twój syn nie zostanie nowym Carlsenem albo Karjakinem. Twoja córka nie będzie następczynią Hou Yifan na szachowym tronie. Będą odnosili sukcesy, ale będą też ponosili porażki i w wieku 18 lat nawet tytuł Mistrza Międzynarodowego będzie olbrzymim, mało prawdopodobnym sukcesem.

I co dalej? Jaki będzie dalszy los dziecka, które dajmy na to w wieku 18 lat osiągnie poziom 2300-2400 i stanie przed koniecznością wyboru drogi życiowej? Zostanie zawodowym szachistą? Cóż, będzie więc zarabiać te 2300-2400 na miesiąc. Brutto. Dopóki nie dobije do pięćdziesiątki i nie odkryje, że już nie umie grać tak dobrze, jak kiedyś.

Z gry w szachy utrzyma się w Polsce może 10 osób, a i to raczej na niezbyt wysokim poziomie – być może nie licząc Radosława Wojtaszka. Grając czasem w mazowieckich turniejach widzę mistrzów sprzed lat i jakkolwiek chylę czoła przed ich osiągnięciami i umiejętnościami szachowymi, to jednak aż żal patrzeć, jak się dzisiaj prezentują tak przecież inteligentni, nieprzeciętni ludzie. Nazwisk nie będę oczywiście wymieniał, ale przecież każdy z nas kogoś takiego zna.

Cóż z tym dzieckiem więc – porzucić pracę nad szachami i zająć się przygotowaniem do „normalnej” pracy? Ok, ale co z ogromną ilością czasu, z wysiłkiem i wyrzeczeniami, których wymagało osiągnięcie dotychczasowego poziomu? Porzucić to wszystko, pozwolić, żeby szachy stały się w życiu tylko okazjonalną rozrywką?

Smutna prawda jest taka, że chyba tak właśnie trzeba…
I wtedy przychodzi szok. Zdolny junior, który do wieku 18 lat na szachownicy dzielił i rządził wśród swoich rówieśników, nagle odkrywa, że w prawdziwym życiu szachy są naprawdę mało ważne. Ot, rozrywka i nic więcej – a przynajmniej już dla niego szachy niczym więcej być nie mogą. W dodatku o ile jeszcze w liceum radził sobie na samym talencie, nie musząc się za bardzo przykładać do nauki – na co i szachy zazwyczaj nie pozwalały – na studiach nagle okazuje się, że wcale nie jest już takim orłem. Mniej inteligentna konkurencja uczyła się konkretów, a nie szachów – i teraz nagle są lepsi od niego. Cóż to za cios dla ego! I taki eks-orzeł często kompensuje to sobie, olewając studia, byle tylko podkarmić swoje ego na szachownicy. I jeśli w porę się nie opamięta – wylatuje ze studiów. Fakt, niektórzy utrzymają się z gry w pokera, szczególnie grając w popularne wśród szachistów Texas Hold’em. Tylko że na jednego, który się z tego utrzyma, przypada dziesięciu, którzy wpadną w długi – z których będą ich musieli rodzice wyciągać… Kasyno zawsze wygrywa, i to zawsze kosztem gracza!

Nawet medaliści mistrzostw Polski, nawet medaliści juniorskich mistrzostw świata, najprawdopodobniej, prędzej lub później będą musieli zepchnąć szachy do roli rozrywki, albo ryzykować dorosłość pełną rozczarowań i rozpamiętywania zmarnowanej szansy.

Pesymistyczny obraz… może nadmiernie, znamy też przecież takich, którzy potrafią łączyć grę w szachy z udanym życiem osobistym i zawodowym. Tylko że wydaje mi się, że poza może tymi 10 osobami są to ludzie, którzy w porę ograniczyli czas poświęcany na szachy. Przykładem może być chociażby prezes Sielicki – kiedyś, jak słyszałem, zdolny junior – który jednak w porę przestał aktywnie grać w szachy, dorobił się majątku i teraz może już robić tylko to, co lubi.

Rozważam te argumenty i jakkolwiek chciałbym kiedyś z moimi dziećmi jeździć na turnieje szachowe, jakkolwiek marzę o chwili, kiedy ujrzę moje dziecko na najwyższym stopniu podium – zwyczajnie boję się wciągać je w szachy. Mimo całego ich narkotycznego uroku, widzę coraz więcej irytującej prawdy w słowach Oscara Wilde’a:

„Jeśli chcesz zniszczyć człowieka, naucz go grać w szachy.”

Mam nadzieję, że ktoś mnie przekona, że się mylę…