Czy chciałbyś/chciałabyś, żeby Twoje dziecko zostało szachistą?

Dzieci wprawdzie jeszcze nie mam, ale marzy mi się, żeby kiedyś całą rodziną jeździć na turnieje szachowe, tak jak może to robić np. rodzina Soćków. Rodzice w openie, dzieci w turnieju juniorskim – świetna sprawa.
Ale tak sobie myślę, że to tylko mój egoizm przemawia, bo ważniejsze jest przecież inne pytanie:
„Czy uważasz, że dla Twojego dziecka będzie dobre, jeśli zostanie szachistą?”

To jest pytanie, na które trzeba odpowiedzieć w bardzo wczesnym etapie życia dziecka. Jeśli dziecko ma odnosić sukcesy w szachach, trzeba zacząć wcześnie i podejść do sprawy poważnie – trener, obozy, szkolenia, wyjazdy…
Na początek trzeba wyzbyć się złudzeń – najprawdopodobniej Twój syn nie zostanie nowym Carlsenem albo Karjakinem. Twoja córka nie będzie następczynią Hou Yifan na szachowym tronie. Będą odnosili sukcesy, ale będą też ponosili porażki i w wieku 18 lat nawet tytuł Mistrza Międzynarodowego będzie olbrzymim, mało prawdopodobnym sukcesem.

I co dalej? Jaki będzie dalszy los dziecka, które dajmy na to w wieku 18 lat osiągnie poziom 2300-2400 i stanie przed koniecznością wyboru drogi życiowej? Zostanie zawodowym szachistą? Cóż, będzie więc zarabiać te 2300-2400 na miesiąc. Brutto. Dopóki nie dobije do pięćdziesiątki i nie odkryje, że już nie umie grać tak dobrze, jak kiedyś.

Z gry w szachy utrzyma się w Polsce może 10 osób, a i to raczej na niezbyt wysokim poziomie – być może nie licząc Radosława Wojtaszka. Grając czasem w mazowieckich turniejach widzę mistrzów sprzed lat i jakkolwiek chylę czoła przed ich osiągnięciami i umiejętnościami szachowymi, to jednak aż żal patrzeć, jak się dzisiaj prezentują tak przecież inteligentni, nieprzeciętni ludzie. Nazwisk nie będę oczywiście wymieniał, ale przecież każdy z nas kogoś takiego zna.

Cóż z tym dzieckiem więc – porzucić pracę nad szachami i zająć się przygotowaniem do „normalnej” pracy? Ok, ale co z ogromną ilością czasu, z wysiłkiem i wyrzeczeniami, których wymagało osiągnięcie dotychczasowego poziomu? Porzucić to wszystko, pozwolić, żeby szachy stały się w życiu tylko okazjonalną rozrywką?

Smutna prawda jest taka, że chyba tak właśnie trzeba…
I wtedy przychodzi szok. Zdolny junior, który do wieku 18 lat na szachownicy dzielił i rządził wśród swoich rówieśników, nagle odkrywa, że w prawdziwym życiu szachy są naprawdę mało ważne. Ot, rozrywka i nic więcej – a przynajmniej już dla niego szachy niczym więcej być nie mogą. W dodatku o ile jeszcze w liceum radził sobie na samym talencie, nie musząc się za bardzo przykładać do nauki – na co i szachy zazwyczaj nie pozwalały – na studiach nagle okazuje się, że wcale nie jest już takim orłem. Mniej inteligentna konkurencja uczyła się konkretów, a nie szachów – i teraz nagle są lepsi od niego. Cóż to za cios dla ego! I taki eks-orzeł często kompensuje to sobie, olewając studia, byle tylko podkarmić swoje ego na szachownicy. I jeśli w porę się nie opamięta – wylatuje ze studiów. Fakt, niektórzy utrzymają się z gry w pokera, szczególnie grając w popularne wśród szachistów Texas Hold’em. Tylko że na jednego, który się z tego utrzyma, przypada dziesięciu, którzy wpadną w długi – z których będą ich musieli rodzice wyciągać… Kasyno zawsze wygrywa, i to zawsze kosztem gracza!

Nawet medaliści mistrzostw Polski, nawet medaliści juniorskich mistrzostw świata, najprawdopodobniej, prędzej lub później będą musieli zepchnąć szachy do roli rozrywki, albo ryzykować dorosłość pełną rozczarowań i rozpamiętywania zmarnowanej szansy.

Pesymistyczny obraz… może nadmiernie, znamy też przecież takich, którzy potrafią łączyć grę w szachy z udanym życiem osobistym i zawodowym. Tylko że wydaje mi się, że poza może tymi 10 osobami są to ludzie, którzy w porę ograniczyli czas poświęcany na szachy. Przykładem może być chociażby prezes Sielicki – kiedyś, jak słyszałem, zdolny junior – który jednak w porę przestał aktywnie grać w szachy, dorobił się majątku i teraz może już robić tylko to, co lubi.

Rozważam te argumenty i jakkolwiek chciałbym kiedyś z moimi dziećmi jeździć na turnieje szachowe, jakkolwiek marzę o chwili, kiedy ujrzę moje dziecko na najwyższym stopniu podium – zwyczajnie boję się wciągać je w szachy. Mimo całego ich narkotycznego uroku, widzę coraz więcej irytującej prawdy w słowach Oscara Wilde’a:

„Jeśli chcesz zniszczyć człowieka, naucz go grać w szachy.”

Mam nadzieję, że ktoś mnie przekona, że się mylę…

7 myśli nt. „Czy chciałbyś/chciałabyś, żeby Twoje dziecko zostało szachistą?

  1. Niektórzy chyba nie mają wyboru… . Co zrobić z dzieckiem, które świata poza szachami nie widzi?
    Syn zaczął grać w szachy rok i dwa miesiące temu. Od tamtego czasu połowę dnia spędza oglądając partie w internecie, rozwiązując zadania albo ucząc się partii najlepszych szachistów. Oczywiście dochodzą do tego jeszcze treningi w klubie. Nie ma tygodnia bez turnieju – gra w większości przypadków w grupach starszych wiekowo lub open, choć sam ma zaledwie 8 lat. Przez ten rok zdążył już zebrać kilkanaście medali i pucharów zdobytych w turniejach juniorskich w Polsce i za granicą, w tym na Mistrzostwach Województwa i w Pucharze Polski. Zwiedził już sporą część naszego kraju, był na Słowacji, Ukrainie a niedługo wybiera się do Bułgarii…
    Może to i źle, że się wciągnął, ale nie mam problemu, jak większość rodziców, ze słowami
    „nudzi mi się” i ” nie mam co robić”. To teraz. A za kilka lat ( o ile mu nie przejdzie) – zamiast siedzieć na ławce lub w bramie z kolegami, pić napoje wyskokowe i łobuzować z braku lepszego zajęcia – może zajmie się czymś mądrzejszym. I będzie miał lepszych kolegów niż w szkole, których już teraz najciekawszym tematem do rozmów w szatni jest: jakie gatunki wódki najbardziej lubią ich rodzice i kto komu dał w mordę „wczoraj” wieczorem ( byłam świadkiem takiej rozmowy odprowadzając syna do szkoły).
    Nawet jeśli kiedyś przestanie grać w szachy, będzie mógł powiedzieć, że miał fajne dzieciństwo, bo zobaczył kawał świata i mógł robić to, co kocha. Resztę zweryfikuje życie.

    • Szachy są bardzo dobrą rozrywką dla dziecka, nie mam co do tego wątpliwości. Problemy zaczynają się, gdy zaczynają odgrywać większą rolę, gdy stają się, cóż, nałogiem. Jeśli rezultatem tego będzie przyszły silny zawodowy szachista – świetnie, ale 9 na 10 medalistów mistrzostw Polski juniorów poziomu pozwalającego na utrzymanie się z szachów zwyczajnie nie osiągnie. Dlatego trzeba bardzo uważać, żeby pęd do szachów nie skończył się wielkim rozczarowaniem. Szachy tym się różnią od piłki nożnej, że w piłkę wielką satysfakcję daje sama gra, nawet przegrana – taki urok sportu fizycznego, sportu drużynowego. W szachach przegrana partia jest tragedią, cieszą tylko sukcesy – cieszą zwycięstwa.
      Stąd się bierze pęd do doskonalenia swojej gry – ale i rozczarowanie, jeśli się nie uda.
      Nie chcę przekonywać, że szachy są złe dla dzieci, ale sądzę, że trzeba do nich podchodzić ostrożnie i z umiarem, traktując je tylko jako sposób na spędzanie wolnego czasu.
      I tylko na tyle inwestować w nie czas i pieniądze, bo inaczej trudno będzie potem z tego zrezygnować na rzecz studiów i pracy, a to znacznie pewniejsza droga do spokojnego, bezpiecznego życia, niż jakaś gra, nawet gra królewska.

      • Jeżeli autorowi sama gra nie daje satysfakcji a przegrana jest tragedią – współczuję serdecznie. Taka osoba faktycznie nie powinna grać w szachy. Jeżeli moje dziecko miałoby wybór – wygrana w turnieju z równolatkami + super nagroda rzeczowa lub zagranie z samymi arcymistrzami i przegranie wszystkich partii – bez mrugnięcia okiem wybrałby tą drugą opcję. Są tacy, którym satysfakcję daje gra z lepszymi i możliwość nauczenia się czegoś z przegranych a nie łatwa wygrana i kolejna zabawka do kolekcji…

        • Bynajmniej.
          Łatwe zwycięstwo nie daje mi satysfakcji, chyba że udała mi się szczególnie ładna partia. Problem w tym, że porażka po walce (nie mówiąc już o gładkiej porażce) też nie daje dużej satysfakcji. Może w blitzu, lub szachach szybkich, ale niestety jedyną satysfakcjonującą nagrodą za 4 godziny ciężkiego, umysłowego wysiłku, jest zwycięstwo (no, czasami remis).
          Jestem pewien, że dzieci podchodzą do tego inaczej, ale to moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że dzieci jeszcze nie angażują się aż tak w partię. Nie wkładają w nią tak wielkiej koncentracji i wysiłku, co starsi gracze. Tylko że dopóki nie zaczną się w pełni angażować w partię, nie zaczną myśleć tylko o tym, jak przechytrzyć i pokonać przeciwnika, nie będzie sukcesów w późniejszych latach, z trudnymi przeciwnikami.
          Także w szachach prawdziwe sukcesy wymagają poświęcenia – nie na darmo Borys Spasski podobno mówił, że przegrany mecz z Fischerem zabrał mu kilka lat życia.
          Ale to prawda, że w towarzyskich blitzach sama gra nadal daje mi dużo radości 🙂

          • Oj malutko Pan wie jeszcze o dzieciach, przynajmniej niektórych…
            Nie widział Pan chyba jeszcze dziecka po ponad czterogodzinnej walce z o wiele bardziej doświadczonym i teoretycznie dużo lepszym zawodnikiem. Dlatego proszę nie mówić, że dzieci podchodzą do tego inaczej. Są takie, które wkładają bardzo dużo wysiłku i koncentracji w swoje partie i podchodzą do nich bardzo poważnie. Bardzo. Pomimo swoich 8 lat. I jeszcze o dziwo sprawia im to przyjemność.

          • O dzieciach wiem niewiele, to prawda.
            Ale akurat takich dzieci „po ponad czterogodzinnej walce z o wiele bardziej doświadczonym i teoretycznie dużo lepszym zawodnikiem” widziałem dość dużo, a to z tego prostego powodu, że nierzadko tym bardziej doświadczonym zawodnikiem byłem ja 🙂
            I widziałem, że taki 12-latek się bardzo koncentruje podczas partii – na tyle, na ile jest to w stanie zrobić 12-latek.
            Dzieci, które widuję na turniejach, zazwyczaj po prostu nie są w stanie włożyć w partię tak wielkiego wysiłku, tak wielkiej koncentracji, jak dorośli – ponieważ po prostu jeszcze nie mają tyle siły, co dorośli.
            Co do 8-latków to faktycznie nie mam doświadczenia, bo z aż tak małymi dziećmi jednak nie zdarzyło mi się grywać od moich młodych lat, a i wtedy partie nie trwały po 4 godziny. Wie Pani zapewne, że partie tak małych dzieci zazwyczaj kończą się po maksymalnie godzinie (a częściej po pół), niezależnie od tempa gry.

  2. podobno kasparov wspiera inicjatywe „szachy do szkół” i lobbuje w Brukseli.
    Nauka gry w szachy i stałe podtrzymywanie wysokiego poziomu własnej gry jest strasznie czasochłonne…moze lepiej pograc sobie dla zdrowia np. w koszykówke parę godzin w tygodniu i mysle poważniej o karierze zawodowej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *